Góry wysokie to nie czas na zdrowe odżywianie – przemyślenia psychodietetyczki na Kilimandżaro

W styczniu zrobiłam coś, co wydawało się, że jest dla mnie tylko w sferze marzeń — weszłam na Kilimandżaro. Razem z Michałem i trzema bliskimi koleżankami wybraliśmy trasę Machame, jedną z bardziej malowniczych, ale też wymagających dróg na szczyt.

Towarzyszyli nam niezwykli ludzie — nasi przewodnicy: Selestini, Filbert i Paul oraz cała ekipa porterów. Bez nich wejście nie byłoby możliwe – tam nie można iść na własną rękę. Ich spokój, uważność i… nieustanny uśmiech były czymś, czego nie da się zapomnieć. Miałam poczucie, że jesteśmy zaopiekowani nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie.

Przygotowanie by dać radę

Do tej wyprawy przygotowywałam się naprawdę solidnie. Na co dzień regularnie trenuję na sali i to jest moją bazą. Do tego jazda rowerem, góry wysokie w miesiącach poprzedzających. Praca nad wydolnością. Kilimandżaro to nie tylko marsz, ale wiele godzin wysiłku dzień po dniu.

Dodatkowo skorzystałam z treningów w centrum wysokościowym, w sali hipoksji. To było dla mnie coś nowego — możliwość przygotowania organizmu na warunki wysokogórskie jeszcze przed wyjazdem dawała mi poczucie, że robię wszystko, co mogę, aby zwiększyć prawdopodobieństwo wejścia. To nie jest trudna trasa dla kogoś, kto chodzi po górach. Ale jednak nigdy nie wiadomo, jak zareaguje organizm przy zmniejszonej ilości tlenu.

To wszystko miało sens. Czułam się przygotowana. A mimo to moje ciało i tak zareagowało po swojemu. I to jest chyba jedna z ważniejszych lekcji tej wyprawy: możemy zrobić bardzo dużo, żeby się przygotować… ale nie mamy pełnej kontroli nad tym, jak organizm zachowa się w ekstremalnych warunkach.

Suplementacja przed wyprawą

Przed wyjazdem zdecydowałam o suplementacji, traktując ją jako wsparcie przygotowań. Sięgnęłam po magnez i potas, kwasy omega-3, kurkuminę z piperyną, żelazo oraz witaminę D3. Każdy z tych elementów miał dla mnie konkretne znaczenie — od wsparcia pracy mięśni i układu nerwowego, przez działanie przeciwzapalne, po wsparcie transportu tlenu i odporności.

Na samej wyprawie stosowałam już Diuramid (acetazolamid), który pomaga w aklimatyzacji i wspiera organizm w przystosowaniu się do warunków wysokogórskich.

Podeszłam do tego racjonalnie jako do elementu przygotowań, a nie sposobu na „obejście” reakcji organizmu na wysokość. Bo nawet przy dobrym przygotowaniu… ciało i tak może zareagować po swojemu.

Na wyjazd też wzięłam probiotyki (plus całą apteczkę), aby uniknąć kłopotów z układem pokarmowym, w tym biegunki podróżnych (tu się udało).

Tempo: „pole pole” od pierwszego kroku

Zdobywanie Kilimandżaro to nie sprint, tylko proces rozłożony w czasie. Od samego początku towarzyszyło nam jedno hasło: „pole pole” — czyli „powoli, powoli”.

I to nie było tylko hasło. To było tempo, w którym trzeba było iść. Bez pośpiechu, bez przyspieszania dla ambicji, bez nadganiania. Krok po kroku w rytmie, który pozwalał organizmowi nadążyć za zdobywaniem wysokości. To tempo uczy czegoś bardzo ważnego: że czasem wolniej znaczy lepiej. Takie tempo pozwoliło nam po kilku dniach trekkingu zdobyć szczyt.

Szliśmy przez 5 dni w górę — dzień po dniu stopniowo zwiększając wysokość i dając organizmowi czas na adaptację. Każdy kolejny odcinek był trochę inny, trochę bardziej wymagający, ale też coraz bardziej górski w swoim charakterze.

Podczas wejścia na Kilimandżaro pokonuje się 5 wyraźnych stref klimatycznych, które zmieniają się wraz z wysokością:

1. Strefa upraw / lasów rolniczych (Cultivation zone) – najniższa część trasy – tereny uprawne, wioski, plantacje.

2. Strefa lasu deszczowego (Rainforest zone) – to gęsty, wilgotny las tropikalny, gdzie jest duża wilgotność, częste opady i bujna roślinność. Trafić można na małpy skaczące po drzewach

3. Strefa wrzosowisk i wrzosów drzewiastych (Moorland zone) – to tereny bardziej otwarte, z charakterystyczną roślinnością wysokogórską.

4. Strefa pustyni wysokogórskiej (Alpine Desert zone) – to już surowy krajobraz, duże wahania temperatury między dniem a nocą i bardzo mało roślinności.

5. Strefa arktyczna / szczytowa (Arctic zone / Summit zone) – to najwyższa część z lodowcami, bardzo niskimi temperaturami, silnym wiatrem, warunkami zbliżonymi do arktycznych (tę część pokonywaliśmy podczas ośmiu godzin marszu w nocy). Gdy samolot dolatywał na miejsce do Moshi, wyraźnie zobaczyliśmy, na co się zamierzyliśmy. Wiatr, temperatura odczuwalna minus 20 st. C – podobno mieliśmy bardzo dobre warunki.

Noc po piątym dniu była tą najważniejszą — ataku szczytowego. Po południu organizm miał ostatni moment na odpoczynek przed wejściem na najwyższy punkt.

O 23:30 rozpoczęliśmy podejście na Uhuru Peak — nocne, długie, wymagające ogromnej cierpliwości i wytrwałości.

Rano, po zdobyciu szczytu, od razu schodziliśmy do obozu, a po posiłku do kolejnego obozu, by tam spędzić 6 noc. Siódmego dnia mieliśmy jeszcze 13 godzin schodzenia na dół, zamykając całą wyprawę.

Góra, która testuje ciało… i ducha

Byłam ciekawa, jak mój organizm zareaguje na wysokość. Wiedziałam teoretycznie, czego się spodziewać: zmęczenie, spadek apetytu, możliwe objawy choroby wysokościowej. Mam doświadczenie w górach i wiem, że im wyżej, tym może być gorzej. I nie ja decyduję. Teraz już nawet potrafię to nazwać: anoreksja wysokogórska. Reakcja organizmu jest fizjologiczna i polega na wyraźnym spadku apetytu. Jest to naturalna odpowiedź ciała na warunki wysokogórskie.

W praktyce oznacza to, że zazwyczaj powyżej około 2500–3000 m n.p.m., kiedy organizm zaczyna funkcjonować w warunkach obniżonej dostępności tlenu, apetyt wyraźnie spada. Czasem pojawiają się nudności, a nawet wymioty i to właśnie trafiło się mnie.

W takich sytuacjach zmienia się regulacja hormonów głodu i sytości, spowalnia się opróżnianie żołądka, a trawienie staje się mniej efektywne. Organizm koncentruje się na przetrwaniu i adaptacji, a nie na przyjmowaniu pokarmu. Paradoks polega na tym, że na wysokości organizm potrzebuje więcej energii niż zwykle, a jednocześnie dostaje jej mniej. Wpływa to na samopoczucie, wydolność i proces aklimatyzacji. I to martwiło mnie najbardziej przed Kilimandżaro, bo przecież wyprawa nie była jednodniowa.

Wejście na szczyt to nie czas na zdrowe odżywianie

Na taką wyprawę trzeba przygotować swój własny pakiet przekąsek. Owszem, mieliśmy kucharza, który przygotowywał nam pożywne, ciepłe i dobrze zbilansowane posiłki. Było dużo zup, owoców, węglowodanów – wszystko, co wspiera organizm w wysiłku.

Praktyka mnie nie zaskoczyła. Podczas podejścia pod Lava Tower (4600 m n.p.m.) poczułam wyraźny spadek formy. Nie miałam apetytu, jedzenie przestało mnie interesować, wręcz robiło mi się niedobrze na samą myśl o nim. Przy schodzeniu do obozu zwymiotowałam dwa razy. I choć wiedziałam, że to może się zdarzyć, pojawiła się myśl, że mimo przygotowywania się do warunków wysokogórskich, miałam takie objawy.

Wiedza o tym, że na wysokości mogę mieć takie dolegliwości dała mi tyle, że miałam z sobą to, co lubię, więc po dojściu do obozu, wiedzieliśmy z Michałem jak mi pomóc i przygotował mi kupek z pomidorówką. Dzięki temu zjadłam potem pożywną kolację. I w ogóle jadłam, jak tylko miałam okazję, aby nadrabiać straty i dać radę wejść na szczyt.

Podczas ataku szczytowego jeden z przewodników powiedział pół żartem:

„Tatiana sobie poradzi — zwymiotuje i pójdzie dalej.” I… coś w tym było. Bo czasem nie chodzi o to, żeby było idealnie. Chodzi o to, żeby iść dalej — mimo dyskomfortu.

Na wysokości zasady się zmieniają, niezależnie od Ciebie i najważniejsze nie jest to, czy coś jest idealnie zbilansowane. Najważniejsze jest to, czy jesteś w stanie to zjeść. Zatem zabierasz z sobą rzeczy takie, po które sięgniesz nawet wtedy, kiedy nie masz apetytu na ciepły posiłek albo kiedy organizm zaczyna się buntować.

W takich warunkach kluczowe nie jest idealne odżywianie, ale to, żeby jeść w ogóle — nawet mało, nawet nieregularnie, nawet rzeczy dalekie od codziennych standardów. Często najlepiej sprawdzają się produkty, które po prostu lubimy i które jesteśmy w stanie zjeść mimo braku apetytu. W warunkach wysokogórskich organizm nie działa zgodnie z planem żywieniowym. Priorytetem staje się przetrwanie, nie komfort, nie przyjemność jedzenia, nie bilans makro.

Z Polski wzięłam fasolę z pomidorami w puszce, kabanosy, sezamki, ciastka imbirowe (Katarzynki), zupki instant pomidorowe. Żelki miałam, ale się nie sprawdziły. Za to absolutnym odkryciem był… serek topiony, którym poczęstowała mnie koleżanka. I to zdecydowanie zabiorę na każdą kolejną wyprawę.

Taka wyprawa pokazuje, że ciało nie zawsze będzie współpracować tak, jak chcemy

Elastyczność jest ważniejsza niż perfekcja. Zaufanie do ciała to proces, nie decyzja. I może najważniejsze: w trudnych warunkach nie potrzebujemy większej kontroli, tylko większej łagodności dla siebie. I choć tam, na miejscu mówiłam, że nigdy więcej, to teraz…. zrobiłabym to jeszcze raz. Bez wahania. Tylko inną trasą 😉

Ta wyprawa była dla mnie doświadczeniem sprawdzania siebie — nie w sensie udowadniania czegokolwiek, ale raczej spokojnego zobaczenia, gdzie jestem i czy dam radę iść dalej, mimo że nie jestem atletką.

I chyba właśnie to zostaje ze mną najmocniej. Że można iść powoli. Że można się zatrzymać, zwymiotować i… pójść dalej.

I że ciało, nawet jeśli nie jest idealne, to potrafi nieść nas dalej, niż czasem sami w to wierzymy.